Odpowiedzialność za polecanie a bycie polecanym

Dziś przeczytałem na jednym blogu (nie mogę jednak odszukać gdzie, więc nie podam adresu) wpis o tym, że pewna firma poleciła komuś system CMS od jakiejś firmy zewnętrznej i jeden z klientów zadzwonił z informacją, że ta firma zewnętrzna „olewa” klienta – są jakieś problemy itd. Zasadniczo jednak polecający w tym momencie poczuł się odpowiedzialny za całą sytuację, pomimo, że klient spokojnie stwierdził, że przecież nie mają na to wpływu.

Podejrzewam, że łatwo jest Ci wyobrazić sobie sytuację, kiedy polecisz komuś jakąś usługę, osobę czy rzecz, a potem są z tym same problemy. Niezbyt miło się wtedy człowiek czuje.

Jak się wtedy zachować ? No cóż – można jakoś starać się wynagrodzić komuś sprawę. W moim przypadku poleciłem komuś usługę hostingu (na moim serwerze), niestety pojawiły się problemy, ponieważ akurat ta konkretna domena o którą chodziło (czekolandia.krakow.pl – bardzo słodka sprawa ;) ) nie mogła być „przechowywana” na tym serwerze. Mniejsza o szczegóły – sprawa nie doszła do skutku.

Co zrobiłem ? Czułem się głupio, bo poleciłem komuś coś co nie działa… Człowiek rozumiał, ale biznes cierpiał – więc znalazłem inną firmę i tam wrzuciliśmy stronę (i domenę). Za dwa miesiące znowu problem – tym razem z usługą poczty elektronicznej – po dwóch dniach telefonowania udało się sprawę rozwiązać. Moje szczęście.

Co jednak jeżeli ktoś np. poleci nasze usługi ? Np. jestem fachowcem od komputerów i w ten sposób zarabiam (ale nie tylko). Co więc – jeżeli np. pomimo starań nie jesteśmy w stanie pomóc klientowi ? Nie dość, że sami tracimy reputację, to również osoba, która nas poleciła (lub firma) zaczyna również wyglądać niewiarygodnie i traci zaufanie.

Mój przypadek jednak był nieco inny – trafiłem na wyjątkowo ciężkiego klienta (paranoja połączona z alkoholem i chyba chorobą nerwową), w pewnym momencie klient zakwestionował to, czy część, którą aktualnie wymieniam jest nowa, ponieważ (mój błąd) nie wziąłem paragonu ze sklepu, a przy sobie kasy fiskalnej nie noszę. Tłumaczenie w stylu „gwarancja jest wg. numeru seryjnego” czy „paragon doślę pocztą” nie dało rezultatu. Miałem więc podziękować za współpracę, nie wziąć ani złotówki i pojechać z powrotem (byłbym na tym stratny finansowo), ale tak sobie myślę, że jak takiego klienta zostawię na lodzie to raz, że będzie rozpowiadał, że jestem oszustem i partaczem (a przynajmniej może, chociaż zachowanie klienta sugeruje myśleć, że jednak to zrobi), a w dodatku, firma, która mnie poleciła również będzie miała zgryz, no bo raz, że nie pomogłem a dwa, że podobno próbowałem kogoś naciągnąć.

Co wtedy zrobi polecający jeżeli są problemy z tym co polecił ? Przestanie polecać, żeby w razie czego wyeliminować mnie z obiegu, jeżeli miałby przez to mieć kłopoty. Mając to na uwadze po prostu zacisnąłem zęby i bardzo kulturalnie zapytałem „jak mamy to rozwiązać” po czym po usłyszeniu rozwiązania (a miarę sensownego) powiedziałem „dobrze”. Koniec tematu. Zrobiłem (w dodatku cenę musiałem negocjować, bo niby drogo….) i pojechałem. Niezbyt kontent byłem z tego i chodziło mi to po głowie przez resztę dnia, ale za to wyciągnąłem wnioski na przyszłość :)

W skrócie więc – jeżeli ktoś Cię poleca, staraj się wypaść jak najlepiej za wszelką cenę (żeby nie narażać na nieprzyjemności polecającego) a jeżeli to ty kogoś polecasz, licz się z tym, że ktoś może mieć do Ciebie pretensje, jeżeli coś będzie nie tak (nawet jeżeli nie masz na to wpływu).

Nie czytają czy nie myślą ?

Zastanawia mnie, co myślą ludzie, którzy składają zamówienie (jeszcze w dodatku wieczorem) na dwa dni przed Wigilią i w polu uwagi wpisują „zależy mi żeby mieć modele w Wigilię”. W zasadzie to święto jest akurat jednym z przypadków ale mimo wszystko.

Nawet jeżeli zamówiony towar fizycznie byłby w magazynie (zazwyczaj jednak go nie ma i trzeba ściągać z hurtowni), to przecież na każdej podstronie (zaraz poniżej koszyka – czerwonymi literami) jest widoczne „Termin realizacji zamówień – 4-8 dni” – podobny tekst jest widoczny w opisie każdego przedmiotu – bardzo dużymi i rzucającymi się w oczy literami! W zasadzie jest to dublowanie informacji, a mimo wszystko, zdarzy się desperat, który jakimś przedziwnym przypadkiem nie zauważy albo zignoruje sprawę i chce dostarczenia paczki następnego dnia albo najpóźniej za dwa…

Jeżeli byłoby 4 dni do jakiegoś święta X, to rozumiem – ma nadzieję, że uda się dostarczyć zamówienie w minimalnym terminie. Ale jeżeli są to największe święta w całym roku kalendarzowym i Poczta Polska jest konkretnie przeciążona wszystkimi tymi paczkami, listami i dziwnie grającymi kartkami z życzeniami świątecznymi ?

W tym więc miejscu naprawdę można zacząć się zastanawiać, co kieruje takimi osobami ? Co takiego sprawia, że zamawiają chcąc otrzymać zamówienie w tak nierealistycznym terminie ?

Nawet nie próbuję tutaj zgłębiać tematu, bo jest to dla mnie nie pojęte i musiałbym usłyszeć chyba zdanie takiej osoby, lub kogoś podobnie myślącego.

Dla mnie jest to po prostu kuriozalne i tyle. W takich przypadkach dzwonię i mówię jak wygląda sytuacja – czasami rezygnują a czasami nie.

Chętnie więc bym zobaczył w komentarzach zdanie i doświadczenia innych z takim czymś…

Jak obejść hasło w Windows w 7 minut ?

Zazwyczaj wymogi odnośnie haseł zabezpieczających nasze skrzynki pocztowe, czy lepiej – konta w banku – są dość wygórowane – muszą być one długie, zawierać cyfry, duże litery itd.

W przypadku haseł broniących dostępu do naszych komputerów już nie jest tak różowo. Mamy w zasadzie pełną swobodę.

Kilka dni temu ktoś zadzwonił z pytaniem, czy byłbym w stanie pozbyć się hasła w Windows XP bo jakimś cudem ktoś to włączył i nie wiedzą jakie jest hasło. Powiedziałem, że zobaczę co mogę zrobić.

Komputer po uruchomieniu faktycznie bez hasła odmawiał jakiejkolwiek współpracy, więc postanowiłem użyć trybu awaryjnego, gdzie przy logowaniu poza drugim kontem pojawiło się również konto „administrator” – również zabezpieczone hasłem, którego również nikt nie zna. Chyba z przekory wpisałem hasło „admin” (za dużo filmów o hakerach się naoglądałem) i w tym momencie poczułem, że moja dolna szczęka zaczyna oddalać się od górnej. Zalogowałem się !

W tym momencie sprawa była prosta – usunąć hasło dla obydwu kont i pozamiatane. Dla pewności uruchomiłem komputer dwa razy. Całość zajęła zaledwie kilka minut.

Nigdy jednak bym nie przypuszczał, że można ustawić hasło „admin” dla konta „administrator”. Jest to tak oczywiste, że wręcz wydaje się, że nie możliwe. A jednak ktoś wpadł na taki pomysł (tutaj jednak chyba świadomie).

Normalnie jednak trzeba by użyć specjalnej płyty lub dyskietki, z której uruchamiamy komputer i która to resetuje hasło administratora (wciskamy po prostu enter kiedy zostaniemy zapytani o hasło). Tym razem była ona jednak zbędna.

Pracować czy odpocząć ?

Jak zwykle wpis ten powstał (po niestety mojej dłuższej nieaktywności blogowej) jako próba uporządkowania pewnych spraw.

Tytuł zdradza już o co chodzi – jednak jak zwykle mam dylemat gdzie jest granica, kiedy trzeba przestać pracować i zacząć odpoczywać, żeby drugiego dnia móc pracować wydajniej i bez bólu głowy sprawiającego wrażenie, jakby ktoś postawił nam na głowie faceta z młotem pneumatycznym.

Pierwsza szkoła mówi „Lunch is for Loosers” – jest to dość ekstremalne podejście do tematu. Często sam robię podobnie, ale w pewnym momencie zaczynam się „wyłączać” mentalnie i próbuję coś zrobić ale nie mogę się skupić na tym, i mija godzina lub dwie a ja nadal nie zrobiłem nic konkretnego. Niemniej jednak będąc solidnie wypoczętym można przez 16 godzin zasuwać. Dzień – może dwa. Dłużej tak nie potrafię – muszę odpocząć. Robię to oczywiście.

Nadchodzi jednak weekend – a konkretnie niedziela – 90% ludzi nic wtedy nie robi – przynajmniej związanego z szeroko pojętym „pracowaniem” – czy to we własnej firmie czy etacie (poza pewnymi wyjątkami jak np. policja, pogotowie itd.).
Co ja robię w niedzielę ? Zazwyczaj robię coś związanego z tym co daje mi pieniądze czyli pracuję nad sklepem (dodaję nowe zdjęcia, artykuły itd.), choćby nawet sprzątam w domu (wtedy mam napady kreatywności), ewentualnie robię jeszcze coś, co przyda mi się potem.
Zasadniczo jednak na zasadzie, że jak nie zrobię dziś bo nie mam zbytnio sił, to jutro też musi być, jeżeli wiem, że będę miał czas.

Jako ciekawostkę podam, że kiedyś Kamil pisał, że odpoczynek też musi kiedyś być, ponieważ inaczej działoby się z ludźmi jak ze mną – „wyłączali by się” w trakcie normalnego dnia roboczego. Człowiek nie robot – odpocząć musi ;) Pisałem już o tym dość dawno (Terminator na łańcuchu).

Innym myśleniem jest jednak zrobienie sobie obowiązkowej przerwy w trakcie świąt urzędowych (zdaje się, że brzmiało to „Nie bądź jeleniem – nie pracuj w te święta”) – teoretycznie, niewiele nam wtedy ucieknie. Tak i nie.

Jeżeli prowadzi się jeden z dwóch sklepów monopolowych czynnych w niedzielę w całym mieście (nawet tak małym jak Miechów) to im większe święto tym więcej klientów – powiedziałbym, że za taki dzień można zarobić niekiedy tyle, co za 2-3 tygodnie bo kolejka zazwyczaj przypomina te z przed 20-tu lat i nie zmienia się od rana do nocy.

W przypadku mojego biznesu mogę sobie spać całą niedzielę (co jeszcze mi się nie zdarzyło), bo za mnie pracuje oprogramowanie (czyli sklep internetowy). Tyle, że jak chcę coś dodać do sklepu, poprawić, zmienić lub po prostu sprawdzić to niestety ale nikt tego za mnie nie zrobi w niedzielę. W inne dni zresztą też – przynajmniej na razie.

Człowiek uważny czytając wszystkie te newslettery zalewające skrzynkę e-mail może wyciągnąć jeden wniosek. Jeżeli nie szkodzi Twojemu biznesowi ani tobie fakt, że zrobisz sobie odpoczynek w niedzielę i inne dni wolne – zrób to koniecznie. Im bardziej wymyślny sposób odpoczynku tym więcej energii na później.

Jeżeli jednak masz wyskokowy biznes, który wymaga Twojej obecności w niedzielę – cóż – od Ciebie zależy jak to potraktujesz. Osobiście poświęciłbym taki dzień świąteczny a odpoczął sobie potem nawet dwa dni – kiedy to i tak ktoś inny może sprzedawać a i klientów jest mniej.

Obsługa klienta – jak może wyglądać ?

Jak już niektórzy wiedzą, wykupiłem hosting w USA – przyczyny oczywiście finansowe, ale i również techniczne. Firma zowie się DreamHost. Pisałem już o nich co nieco ale tym razem będzie z innej beczki (ale również na ich temat).

Zazwyczaj, kiedy dzieje się coś niedobrego z naszym serwerem, strony przestają działać, e-maile gdzieś się gubią kontaktujemy się z obsługą klienta. Moja reakcja jest identyczna, chociaż staram się wcześniej znaleźć rozwiązanie mojego problemu przy użyciu Google (niekiedy jest o wiele szybciej niż czekanie na odpowiedź od ludzi, u których jest południe, kiedy u nas jest niemal północ). 

Czasami jednak Google okazuje się bezsilne i nie pozostaje nic innego jak napisać do administratorów. W tym miejscu spodziewalibyśmy się adresu e-mail (lub kilku) do kolegów informatyków. Nie tutaj. DreamHost (dalej będę używał skrótu DH) oferuje coś innego. Jest z humorem i w dodatku praktycznie.

Najpierw wchodzimy w zakładkę „contact suport” a następnie wybieramy czego dotyczy problem, domeny, e-maia, baz danych, konkretnej strony itd. Możemy zaznaczyć kilka opcji i kliknąć „next”. Tutaj jednak jest wszystko czego można by oczekiwać. Czyli kompletnie nudno.

Na kolejnej planszy mamy informacje co też może powodować problemy (np. nietypowe ustawienie dotyczące zgłaszanego problemu) – np. jeżeli nasze konta e-mail ulokowane są np. na Gmailu a cała reszta na DH to jest to napisane, czy nasz serwer był restartowany w ostatnim czasie itd. Jeżeli jednak nic istotnego dla nas tam nie widnieje znowu klikamy „next”. W tym momencie pojawia się kolejna podstrona z kategoriami – tym razem bardziej szczegółowymi dla nas – zaznaczamy jedną lub kilka i znowu klikamy „next”. I tutaj znowu – do rzeczy, ale znowu totalnie nudno.

Na koniec wpisujemy nasze dane, e-mail oraz konkretne wyjaśnienie problemu – do wszystkiego możemy załączyć jakieś pliki (np. zrzuty ekranu). Zaraz poniżej pojawia się bardzo humorystyczna i zarazem (wg. mnie) bardzo pożyteczna część.

Pierwsze pole to określa jak pilne jest dla nas zgłoszenie – dostępne są:
- Just a casual question, comment, idea, suggestion…
- I need some help but it’s not super time-sensitive
- I can’t get things done until I hear back from you, please reply ASAP
- Things are broken and I’d like them not to be!
- OMG! EXTREME CRITICAL EMERGENCY!! EVERYTHINGS BROKEN! People are DYING!

W zasadzie komentować nie trzeba, chociaż użycie dużych liter w ostatniej opcji ma wyrażać krzyk, co wg mnie chyba ma oddać nasz stan emocjonalny i uświadomić obsłudze, jak ma zareagować. Przed ostatnia opcja nie jest zbyt jasna bo w zasadzie można by ją zastosować zamiast trzech ostatnich ;) Widocznie jednak ktoś uznał, ze rozróżnienie jest potrzebne.

W drugim polu zaznaczamy jak bardzo orientujemy się w sprawach, o które pytamy:
- Please explain everything to me very carefully
- I do know some stuff, but please don’t assume too much
- Overall I know my stuff, but I’m a little shaky in this area
- I have a good understanding of this stuff
- Not to be rude, but I probably know more about this than you !

Bardzo tutaj osobliwe jest ciągłe używanie słowa „stuff” – chociaż moim zdaniem chyba nic innego bardziej ogólnego wstawić się tutaj nie da. Zasadniczo jednak widać tutaj kompletnie nieformalne podejście: administracja – klient.

Trzeba jednak przyznać, że ktoś miał świetny pomysł z tymi polami – o ile mogą one nie przypaść do gustu typowemu polskiemu emerytowi o tyle uważam je za coś, co należy kopiować wszędzie gdzie to tylko możliwe.

Druga sprawa, że takie podejście, nawet w krytycznych sytuacjach może nieco bardziej pozytywnie nastawić ludzi do administratorów serwera (ja pierwszym razem kompletnie się roześmiałem, pomimo, że moje obydwa sklepy były niedostępne) . Ludzie z DH mają też o wiele prostszą sprawę z posegregowaniem zgłoszeń wg. priorytetów oraz tego, jakim językiem odpisać do klienta co moim zdaniem jest bardzo ważne ponieważ wiem, jak niektórzy informatycy próbują mówić swoim żargonem do kompletnych laików w tej dziedzinie. Zazwyczaj wynik takiej komunikacji zbliża się do zera.

Widać to zresztą w wielu innych częściach panelu administracyjnego wykupionego rzez nas serwera – np. niemal każda operacja jest potwierdzana przez automat przedstawiający się zależnie od okazji jako „happy dreamhost robot” lub „happy dreamhost domain registration robot” lub coś podobnego. Podobnie w e-mailach potwierdzających zainstalowanie czegoś, przeniesienie domeny i wiele innych.

Inwestujmy w rodzinę

Dzisiejszy dzień pozwolił mi na nieco głębszą refleksję odnośnie rodziny. Może to dziwnie zabrzmi (bardzo przedmiotowo) – ale rodzina to ogromny kapitał jaki posiadasz. Dbaj więc o dobre relacje.

Skąd u mnie nagle taki zwrot ? Chmm… to chyba po zobaczeniu tego:http://www.youtube.com/watch?v=EFIwFnrNX1M(obejrzeć też pozostałe dwie części).

Strach mnie przechodzi, że zaczynamy sprowadzać ludzi najpierw do siły roboczej (pracują przez całe życie), która to siła robocza musi rozładować stres – w tym celu ma konsumować przeróżne dobra za ciężko zarobioną kasę. W pewnym momencie brakuje kasy, więc pracują więcej – nie mają czasu dla znajomych, rodziny (pracują wszyscy praktycznie) – czy to na etacie, czy mając własną działalność (chociaż tutaj nieco łatwiej zrobić sobie czas). Giną kompletnie więzy bo skoro nie spotykamy się to zapominamy o naszych ciotkach, wujkach i dalszej rodzinie. Poza tym np. nie odbieranie skremowanych zwłok z krematoriów (w Szwecji to 50% przypadków) jest moim zdaniem znakiem, którego nie wolno zignorować.

Jeszcze dwa lata wstecz myślałem podobnie (rodzina jest ok, dopóki mamy z niej korzyść – jak nie to cześć) – jednak powoli się to zmienia jak widzę, jaką przyjemność sprawia jakiejś mojej ciotce moja wizyta – czasami wystarczy zadzwonić.

OK. – rozumiem – tracimy czas, nieco pieniędzy (czasami sporo jak ciotka mieszka daleko ;) ))) – ale w zamian zyskujemy pamięć o nas, niekiedy przychylność a w niektórych przypadkach nawet ogromną serdeczność.

Czasami tacy krewni mają w rodzinie mechanika/hydraulika/informatyka itd. Jeżeli potraktują nas tak jak my ich to zapewne będziemy mieli bardzo tanie usługi w tym zakresie i w dodatku zrobione porządnie (jak zrobią kiepsko albo wezmą grubą kasę to trzeba edukować ;) )).

Niekiedy takie kontakty z rodziną mogą zaowocować jakimś pomysłem lub innym kontaktem, który pomoże nam w życiu, interesach czy chociażby w innej mniej ważnej sprawie.

Inwestujmy więc w rodzinę, znajomych – pamiętajmy, żeby być z nimi „w dobrych układach” – mogą się odwdzięczyć :) Nie tylko będzie miło nam i im, ale potem będziemy czerpać z tego korzyści.

Rolnik czy przedsiębiorca

Czasami zadaję sobie to pytanie – a jak pomyślę dłużej to wychodzi na to, że po pierwsze informatyk z zamiłowania, przedsiębiorca także bo działalność jest a rolnik formalnie i nieco z konieczności, bo jakby nie było pomagać trzeba, kiedy brakuje rąk do pracy.

Z drugiej strony można w ogóle zastanowić się, czy pytanie, które jest tytułem tego wpisu jest w ogóle zasadne ? Czy tutaj musi być „lub” ? Może jedno i drugie jest tożsame ?

Obecnie rolnik jest w zasadzie przedsiębiorcą. Jest tak dlatego, że nie ma już zagwarantowanych przez państwo cen skupu zbóż, żywca i innych produktów pochodzenia rolniczego – podobnie jak w przypadku prowadzenia normalnej działalności. Podobnie też, trzeba dość intensywnie inwestować w sprzęt oraz ewentualny zakup ziemi, żeby móc się rozwijać, bo jeżeli nie ma rozwoju to w ciągu kilku lat takie gospodarstwo staje się nierentowne i nie konkurencyjne (wysokie koszty produkcji i znikome zyski).

Rolnik podobnie więc jak każdy myślący przedsiębiorca musi utrzymywać delikatną równowagę pomiędzy wydatkami – zakupem środków ochrony roślin, nawozów, ewentualnych części zamiennych, nasion czy ewentualnie właśnie wszelakiego rodzaju żywca a tym, ile zainwestuje w rozwój (np. nowsze maszyny, inny sposób uprawy zmniejszający koszty, zmechanizowanie pewnych czynności itd.).

Przez ostatnie miesiące uświadomiłem sobie to, że bycie rolnikiem uczy bycia przedsiębiorcą – oczywiście trzeba chcieć – bo ci, którym co innego w głowie toną (zazwyczaj w powodzi kosztów).

W chwili obecnej jeżeli ktoś jako swój „zawód” wybiera rolnictwo – pewnie spojrzą na niego jak na kosmitę albo geniusza – czasami jedno i drugie ;) Prawa jest taka, że opłacalność produkcji rolniczej jest bardzo niska i jedynie bardzo pracowici, pozytywnie patrzący i przedsiębiorczy ludzie mogą się tutaj otrzymać. Moje spostrzeżenia mówią mi, że małe gospodarstwa – do 10ha i mniejsze istnieją wyłącznie dzięki temu, że wcześniej ktoś coś kupił i w coś zainwestował i teraz to eksploatuje. Na nowe maszyny czy narzędzia raczej za bardzo funduszy nie ma. Są też dopłaty, które jak wiadomo utrzymują niektórych przy życiu (w tym nie).

Wszystko to jednak pomimo, że pożyteczne bo można się wiele nauczyć i widząc co się dzieje nabrać motywacji do osiągnięcia czegoś w życiu sprawia, że pozostanie rolnikiem, chociażby „jedną nogą” odpowiada mi równie dobrze jak bycie postrzelonym w kolano.

Stąd też jestem wyjątkowo nie poprawny i koncentruję się na swojej pasji – komputerach – internecie i tym podobnych. Jest to rzecz, którą chcę się zajmować w życiu i dzięki której, będę miał pieniądze. Oczywiście mógłbym z komputerów przerzucić się na sprzedaż stali jak mój kolega, ale jakoś pomimo swoich walorów płacowych średnio mnie to kręci. Oczywiście wykluczyć też tego nie mogę, bo w obliczu przymusowego strajku głodowego podejrzewam, że oferta nagle stałaby się akceptowalna.

KQS.Store i mały eksperyment (jaki program na sklep internetowy ?)

Jakiś czas temu znajomy poprosił mnie o doradzenie mu jakie oprogramowanie użyć do postawienia sklepu internetowego. Pozornie łatwe zadanie okazało się dość skomplikowane.

Po pierwsze zacząłem od małego rozpoznania na rynku oprogramowania dla sklepów internetowych. Pierwsze kroki skierowałem ku droższym rozwiązaniom takim jak SOTE, SunWeb czy IAI Shop. Żadne z powyższych rozwiązań nie zachwyciło mnie – niektóre wręcz odstraszyły.

Wszelkie poszukiwania czegoś wartego uwagi w sensownej cenie (do 1000 zł) spełzły na niczym. Ceny zaczynały się od 2000 i dochodziły do 5-6k zł. Co decydowało o moim wyborze ? Po pierwsze możliwości SEO oprogramowania – chodzi tutaj o budowę adresów, tytułów stron czy takie podstawy jak znaczniki „meta decription” i „meta keywords”.

Wnioski, które osobiście wyciągnąłem z tegoż porównania mówią same za siebie: cena oprogramowania nie mówi nic o jego przydatności i funkcjonalności !

Z kilku wymienionych powyżej programów najbardziej przypadł mi do gustu SunWeb poprzez kompletną integrację z Pocztą Polską (generuje druki pobraniowe itp., które mają już odpowiednie numery – można w ten sposób zaoszczędzić nawet i z 1000 zł miesięcznie, bo nie trzeba pracownika, żeby wypełniał druczki. Gorzej z pakowaniem – tego żaden program za nas nie zrobi ;)

Takie rozwiązania jednak jak IAI Shop odstraszyły mnie znowu kompletnie ponieważ jest to 100% outsourcing – całe oprogramowanie „siedzi” na serwerze dostawcy. Z jednej strony miło, bo nie trzeba domeny, nie trzeba się zastanawiać czy po kolejnej aktualizacji będzie nam działać to na serwerze itd. Osobiście jednak preferuję nieco większy stopień kontroli nad tym za co zapłaciłem.

Dla odmiany moje oko przykuł też OSC Gold – bardzo tania aplikacja i zewnętrznie jeszcze ujdzie, pod kątem SEO też jest znośnie ale niestety panel administratora OSC Gold przypomina coś, co zostało stworzone przez grupę wietnamskich nastolatków.

Na koniec tytułowy KQS.Store – używam go w dwóch sklepach (niedługo już tylko w jednym) i znajomy pozycjoner stwierdził, że nie warto i dziwi się, czemu go jeszcze nie zmieniłem. Postanowiłem jednak dać mu szansę. Postawiłem na jednej z moich domen testowych taki sklep (zero grafiki i kilkanaście towarów) – skonfigurowałem tak jak ma być i czekam co też sobie Google zaindeksuje. Jedyną bolączką tego skryptu jest brak kontroli nad wyglądem znacznika „title” a także nieco nieładne odnośniki (wewnątrz nich występuje pytajnik, czego ponoć Google nie trawi). Mimo wszystko jednak po ustawieniu kilku rzeczy (nazwa sklepu, nazwy towarów i odpowiednie znaczniki meta do każdego z nich) liczę, że będzie to wyglądać OK. Na razie strona czeka na indeksację – liczę jednak, że eksperyment przyniesie pozytywne rezultaty.

Dlaczego akurat KQS’a testuję ? Ponieważ KQS używam go od dawna, jest niezwykle tani w porównaniu do konkurencji – tylko 250 zł brutto i w dodatku ma całkiem przyjazny panel administratora (bardzo intuicyjny w przeciwieństwie do niektórych programów – do ideału jednak jeszcze sporo brakuje) a aktualne wersje również całkiem dobrze wspierają SEO. Dodatkowo niemalże bez żadnej grafiki, można sprawić, że sklep będzie się nadawał do „puszczenia go w ruch” (wystarczy sobie jakiś nagłówek na górę zrobić i logo wymyślić) i gotowe. Są też darmowe aktualizacje, które to zasadniczo wprowadzają o wiele więcej pozytywów niż negatywów i sprawiają, że sklep staje się bardziej przyjazny.

P.S. – miało być obiektywnie a skończyło sie na chwaleniu swojego ;)

P.S.2 – komentarze odnośnie wszelakiego oprogramowania pod sklep internetowy mile widziane

Całe szczęście, że jest kryzys

Wszystkie media wściekle klepią ciągle o kryzysie, a za nimi powtarza je bezmyślnie większość ludzi. W ten sposób na pewno kryzys nas dotknie bo wszyscy uwierzą, że jest i nawet jakby jego skutki były nikłe to już ludzie przekonani, że przecież kryzys jest sprawią, że będzie gorszy niż normalnie by się mogło wydawać.

Istnieje jednak druga kategoria ludzi – ci, który okres zastoju gospodarczego wykorzystają tak, żeby było im łatwiej w okresie wzrostu.

Osobiście działałem wg. tej zasady, i dopiero dziś do mnie dotarło, że podświadomie okres bezczynności poświęciłem na naukę, uruchomienie nowego sklepu (który jest obecnie już „na wylocie”) i mnóstwo innych rzeczy.

Jest też masa firm, które w ubiegłych latach miały tyle roboty, że nie mieli nawet czasu wydać zarobione pieniądze – teraz czas jest i pieniądze też – więc inwestują – w nowe technologie, rozwiązania, szkolenia itp.

Tak więc wszystko zależy od ludzi jak potraktują recesję gospodarczą – jako problem, czy jako szansę. Ci piersi będą potem narzekać i zwalać winę na brak pieniędzy, czasu, rodzinę, znajomych, chomika i świętego mikołaja po czym zaczną zazdrościć tym pozostałym, którzy zrobili coś i nagle jest im lepiej.

Dlaaczego warto szyfrować dane ?

data_encryption.jpgOstatnio moja paranoja wkracza na nowy poziom – (trzeci z tego co pamiętam ;) ) – po tym co widzę, jak to sobie Francja przyjmuje sobie ustawę „anty-piracką”, widzę, że ustalenia Parlamentu Europejskiego w tej sprawie nie są zobowiązujące dla wszystkich i ogólnie obowiązuje wolna amerykanka. Efekt zaostrzenia prawa ograniczający wymianę plików jest odwrotny – zwolennicy wymiany plików jednoczą się i stają się coraz mocniejsi, coraz głośniej krzyczą – chcemy wolnego Internetu itp. hasła. Popieram inicjatywę i od dziś na tym blogu będzie odnośnik do strony Embassy of Piracy.

Gdyby jednak moim ziomkom się nie udało, tudzież zostalibyśmy oficjalnie potępieni przez polskie prawo i „nawróceni” na stosowną ścieżkę postanowiłem podjąć pewne kroki – zresztą jestem chyba kolejną osobą, która to robi.

W razie, gdyby policja w imieniu jakiejś dużej amerykańskiej organizacji wpadła Ci do domu/mieszkania o nieprzyzwoitej porze (np. 6-ta rano, wigilia itd.) warto mieć swoje dane zaszyfrowane tak, żeby nie przydały się niebieskim panom na nic (co generalnie daje sporego psychicznego kopa).

Wiemy więc już, że warto – ale teraz pytanie jak ? Posiadacze Windows Vista (z jednej strony mają łatwiej w tym przypadku a z drugiej współczuję zamulania komputera) mogą wykorzystać wszystkie dostępne funkcje świetnego programu TrueCrypt. Jest darmowy i dostępny na licencji GPL.

Pozwala on na zaszyfrowanie całych partycji aż trzema różnymi kluczami szyfrującymi – w tym AES uznawany za najlepszy z nich. Można stosować dowolny z nich, po dwa a nawet i trzy na raz. Oczywiście w takim przypadku trzeba się liczyć z tym, że procesor dostanie w kość, ale w erze procesorów czterordzeniowych jest to sprawa do przeżycia.

Można więc zaszyfrować całe partycje (systemową także), można w nich utworzyć ukryte partycje, czy ukryte systemy operacyjne. 

Dla niedoświadczonych oferuję funkcję tworzenia wirtualnych zaszyfrowanych dysków. Przydaje się to w przypadku szyfrowania danych na pendrive’ach czy też innych nośnikach. Program tworzy plik o rozmiarach żądanych przez użytkownika, po czym taki plik jest traktowany jako dysk (widać go w „mój komputer”). Zanim można uzyskać dostęp do danych musimy podać hasło. Zamiast hasła można np. używać czytnika linii papilarnych (niektóre laptopy posiadają taki bajer) lub np. pliku, który sam w sobie jest hasłem. Plik może być dowolny – może być ciągiem przypadkowych znaków (TrueCrypt generuje takie pliki nazywane „keyfiles”), może być to utwór MP3, zdjęcie czy cokolwiek innego.

W moim przypadku wygląda to tak, że mam Windows XP SP3, który nie obsługuje szyfrowania partycji nie-systemowych. Tak więc zaszyfrowana jest tylko partycja z systemem, druga, na której leżą sobie pozostałe dane, co do legalności których nikt przyczepić się nie może są na zwykłej partycji, dostępne dla każdego. Pozostała niewielka część dysku jest zaszyfrowana (najpierw trzeba było usunąć dane z partycji, bo musiała być stosownie sformatowana) – tam leżą moje prywatne dane, które są teraz całkiem bezpieczne.

Wadą programu jest to, że w przypadku posiadania kilku zaszyfrowanych partycji na dysku, po pierwsze przy starcie komputera podajemy hasło, a po drugie całą resztę po uruchomieniu systemu musimy ręcznie „zamontować”, czyli wpisać hasła. Da się to nieco zautomatyzować, w przypadku korzystania z plików jako haseł. Wystarczy mieć jakiś katalog z takimi plikami, wskazać programowi gdzie są, co ma zamontować i który plik do której partycji – potem wystarczy uruchomić TC, kliknąć „auto-mount” i po kilku sekundach gotowe.

Taki folder z plikami-hasłami warto mieć na zewnętrznym nośniku – wtedy wystarczy go odłączyć i wtedy, nawet właściciel nie dostanie się do danych. Poza tym zaszyfrowane partycje nawet nie są widoczne dla programów partycjonujących – w zasadzie jak nie wiadomo, że tam są, to trudno udowodnić ich istnienie bo są ciągiem przypadkowych danych.

Są oczywiście także rozwiązania sprzętowe, które są niemal niezauważalne dla użytkownika, ale z racji, że z żadnym się nie spotkałem i nie testowałem (mam chętkę na kontroler SATA na złącze PCIe za 40$) to napiszę o tym innym razem.