Welcome to the dark side

Miałem ten wpis zatytułować “Pozdrowienia z Krakowa”, to chyba tak po przeczytaniu wpisu na blogu Maćka, ale jakoś tak potem uznałem, że obecny tytuł jest bardziej adekwatny do sytuacji. Dlaczego ?

Ostatnio okazało się, że czekają mnie niemałe koszty (finansowe oczywiście) i stąd tytuł – można powiedzieć, że przez jeden dzień miałem poważną depresję i jakby nie zdrowy rozsądek to już bym zamawiał jakieś pigułki ;) Udało się jednak – trochę samodyscypliny, trochę materiałów o tym i owym (blog Alexa okazał się bardzo pomocny – pozwolił oderwać myśli i skupić się na czymś pożyteczniejszym). Na drugi dzień z rana jednak negatywne emocje i cała masa bardzo nieciekawych myśli pojawiła się w mojej głowie – na szczęście miałem inne sprawy nie cierpiące zwłoki jak wyjazd do Krakowa (mniejsza o powód) po czym miałem masę czasu wolnego jak już się tam znalazłem. Pomogło mi też to, że pierwszego dnia dostałem informację z biura współpracy z zagranicą na mojej uczelni, że dotacja o którą się ubiegam raczej dojdzie do skutku (tylko kwota się trochę zmniejszy). To dobry znak bo ostatnio osoby, z którymi negocjowano kwoty dostały dotację.

W każdym razie siedząc sobie w samochodzie zacząłem wklepywać w komórkę co napiszę na blogu – doszedłem do wniosku, że popularne blogowanie mi pomaga. Całe szczęście.

Postanowiłem się przejść po Krakowie – przechodząc koło rzędu samochodów dostrzegłem coś pięknego – Alfa 156 Kombi – aż zagwizdałem. Niestety niewiele to pomogło na moją już nieco lżejszą depresję – jednak kiedy wszedłem do rynku (była godzina 9-ta rano) uderzył mnie ten spokój, była słoneczna pogoda i wszystko wyglądało po prostu tak jak powinno. Chyba urzekło mnie piękno tego miasta bo poczułem, że nieco mi się ulżyło. Żwawszym więc krokiem podążyłem ulicą Floriańską w stronę Akademii Ekonomicznej. Przeszedłem oło nowo wyremontowanego dworca PKS (kolejny ciekawy widok – sporo trawy – ogólnie całkiem zielono) i zatrzymałem się dopiero w tunelu pod peronami PKP, gdzie to przejrzałem mnóstwo używanych książek na straganach, kupiłem jakiś film DVD za 10 zł bo lubię dobre kino a z racji, że finansowo cienko jest to zostałem przy tej dziesiątce – przynajmniej uciąłem sobie całkiem miłą i rzeczową rozmowę ze sprzedawcą (podejrzewam, że potrzebował jej tak samo bardzo jak ja).

Po dotarciu na miejsce (AE) przywitał mnie jak zwykle niezwykle cierpliwy Tomek i w dodatku zaproponował kawę. Miałem podpisać pewien dokumencik, ale okazało się, że trzeba go napisać – tak więc zostałem posadzony przed laptopem i sącząc sobie kawę i rozmawiając z Tomkiem zacząłem tworzyć. Niestety mój dobry humor został nieco zaburzony przez kompletnie idiotyczny układ klawiszy (end, home itp. – nie kupujcie Siemens Amilo D !) ale jakoś się udało. Jakoś tak rozładowało to atmosferę, że po kolejnej rozmowie udałem się z powrotem do samochodu. Do przemierzenia miałem chyba jedną z ciekawszych tras przez Kraków (na rysunku dokładnie widać o co mi chodzi). Przeszedłem przez nową galerię – zawsze to jakieś miłe dla mojego oka widoki, które sprawiają, że napięcie spada.

Wracając sobie przy Barbakanie zauważyłem całkiem spory tłumek z aparatami, kamerami i innymi urządzeniami rejestrującymi :) Skupiali się oni wokół zespołu śpiewającego ludowe pieśni krakowskie ale i nieco bardziej zahaczające o resztę Polski – nie jestem fanem takich rozrywek jednak w taki dzień i z taką depresją wszystko było lepsze niż spacer sam na sam z moimi myślami. Po dotrwaniu do końca utworu i nagrodzenia artystów brawami udałem się dalej. Znowu Floriańska i potem przez Rynek – szedłem praktycznie tą samą drogą i tym razem znowu natknąłem się na to cudo zwane Alfą. Tym razem jednak właśnie wycofywało z ulicy w celu udania się dalej. Do rozpaczy wręcz doprowadziło mnie kiedy usłyszałem odgłosy dobywające się z pod maski tego dzieła sztuki – DIESE:L ! Tragedia. Wiem, że to wiele negatywnych słów na raz ale takie coś powinno się piętnować. Alfa ma być piękna i najlepiej kiedy stoi. Do jeżdżenia nadaje się jednak średnio.

Po udanym powrocie do samochodu siadłem i zanotowałem sobie resztę tego co właśnie napisałem. Doszedłem, że na drzwiach mojego pokoju (i zarazem biura) powinien znaleźć się jeden plakat – w zasadzie wystarczyłby jeden napis: „VICTORY IS LIFE”. Jest to motto przewodnie jednej z niezbyt przyjaznych ras znanych ze „Star Trek: Deep Space Nine” – jednak idealnie oddaje moją sytuację i to co muszę zrobić. Jeżeli się poddam to już po mnie. Mogę od razu kłaść się na torach kolejowych – alternatywą jest wyjazd gdzieś na zachód do pracy fizycznej. Postanowiłem jednak poddać się ale tylko mojemu zdrowemu rozsądkowi, ponieważ wykazywał on uparcie, że kontynuacja moich wysiłków w końcu przyniesie pożądane efekty i wreszcie odbiją się one pozytywnie na kieszeni (i na spokojniejszym śnie). Dziś również sytuacja zaczęła się nieco klarować więc jestem nieco bardziej optymistycznie nastawiony do wszystkiego. Znalazłem nawet czas na napisanie tego dość długiego tekstu. Myślę więc, że jutro będzie lepszym dniem.

Dodatkowym wnioskiem jaki wyciągnąłem z całego mojego kryzysu finansowo-mentalnego jest to, że w sytuacjach podbramkowych staram się jak najszybciej znaleźć rozwiązanie problemu (choćby olbrzymiego) i daje mi to niezwykłego kopa kiedy już wiem co robić.

Odpowiedzi: 2 do wpisu “Welcome to the dark side”

  1. Nie wiem, jakie dokładnie masz kłopoty, ale życzę Ci powodzenia w ich przełamywaniu. Na pewno dasz radę.

    A jeśli szukasz fajnej motywacji to polecam ksiażkę “Obudź w sobie olbrzyma” Anthony’ego Robbinsa :-)

  2. Własnie jestem w trakcie czytania tej książki – daje do myślenia. Dzięki niej zdałem sobie sprawę, że można przezwyciężyć niemal każdy problem i wynieść z niego coś pozytywnego.

    Jak na razie pracuję nad moimi przeświadczeniami :)

Zostaw odpowiedź