Jak cierpienie może pozytywnie wpłynąć na nasze życie ?

Ten kontrowersyjnie brzmiący tytuł wpisu jest wynikiem moich własnych doświadczeń – jak więc widać nie o komputerach dzisiaj będzie.

Jest wiele osób, które opisywały jak dobroczynny wpływ na nasze życie może mieć cierpienie (nasze oczywiście) ale opiszę może tutaj swój przypadek. Historia moim zdaniem ma charakter co najmniej edukacyjny – jej zakończenie tym bardziej.

Będąc na pewnej imprezie okolicznościowej kompletnym przypadkiem zostałem zaproszony także na jej część nieoficjalną. Zgodziłem się, bo takie coś rzadko mnie spotyka a okazja do pogadania i dowiedzenia się czegoś ciekawego była również bardzo kusząca.

Jak się okazało potem ze zwykłego „posiedzenia przy kieliszku” wszystko zmieniło się w prawdziwą swojską imprezę – była orkiestra, a potem jeszcze druga – grali świetnie (jak na moje niewytrenowane ucho). Na imprezie tej zjawiła się też moja ulubiona znajoma – jak tylko orkiestra zagrała pierwszy kawałek miałem ochotę poprosić ją do tańca. Siedziałem jednak i się przyglądałem. Siedzieliśmy w zasadzie naprzeciwko siebie z koleżanką i od czasu do czasu wznosili symboliczne „Na zdrowie !”. Przesiedzieliśmy pierwszy kawałek. Potem drugi. W końcu ktoś poprosił ją do tańca i tak sobie tańczyli. Jeden kawałek, drugi. Potem inny facet itd… Pomiędzy tymi tańcami jedynie rozmawialiśmy nieco. Potem kolejny taniec i ja dalej siedzę – zastanawiałem się dlaczego kurczę jeszcze tutaj siedzę a nie tańczą z nią ? Niestety nic ciekawego nie wymyśliłem – to pewnie przez alkohol.

Impreza się skończyła i zarządzono koniec – wszyscy rozeszli się. Rzuciłem okiem za znajomą ale zniknęła bez śladu. Poszedłem więc na piechotę do domu (samochód postanowiłem zostawić i wrócić po niego jutro). Nie zdążyłem przejść nawet 200m a dopadła mnie taka irytacja, jak chyba nigdy. Normalnie sam sobie nie mogłem wytłumaczyć dlaczego tak źle mogę czuć się z powodu, że nie zatańczyłem z koleżanką. Męczyło mnie to aż do samego domu. Kiedy już dotarłem do siebie i siadłem w domu stwierdziłem, że muszę wytrzeźwieć do końca zanim pójdę spać – było około 21szej. Włączyłem sobie jakiś odcinek serialu ale nie mogłem oglądać – w głowie tylko jedno – dlaczego i dlaczego. Normalnie męka. Jakoś jednak dotrwałem do końca odcinka i niewiarygodnie zmęczony (i nadal odrobinę nietrzeźwy) postanowiłem się położyć. Jak tylko zamknąłem oczy znowu dopadły mnie wyrzuty sumienia i ten niewiarygodny smutek i gorycz – pytanie „dlaczego” kręciło mi się w głowie. Próbowałem spać ale na nic. Słuchałem muzyki z telefonu, potem obejrzałem coś na YouTube i tak aż bateria padła. Była chyba 2ga w nocy. Nie wiem jak ale na chwilę udało mi się zasnąć ale budziłem się ze dwa razy i tak około 6tej rano otwarłem oczy i leżałem myśląc.

Myślałem dlaczego nie zrobiłem nic. Jedyne co mi przyszło do głowy to po prosty moje niezdecydowanie. Wymówka to iście żałosna. Zazwyczaj śmieję się z problemów (polecam takie podejście – to świetna metoda) ale tym razem było odwrotnie.

Tak bardzo sytuacja ta nadszarpnęła moje uczucia (i nerwy), że podjąłem decyzję. Decyzję, że kiedy tylko będzie grała muzyka a w zasięgu wzroku będzie wolna dziewczyna mam zerwać się na równe nogi i poprosić ją do tańca. Niezależnie od innych okoliczności i rodzaju imprezy (z wyjątkiem przypadków, kiedy byłoby to niestosowne).

Dlaczego podjąłem taką decyzję ? Chyba to jasne – niewiarygodne cierpienie psychiczne, które mnie spotkało, a które jest bezpośrednim wynikiem mojego braku działania jest także bezpośrednią przyczyną. Wizja przeżycia czegoś podobnego po raz kolejny jest co najmniej mało pociągająca. Wizja przeżycia czegoś podobnego zadziałała na mnie w taki sposób, że po prostu postanowiłem zmienić swoje zachowanie – do tej pory zawsze byłem tym, który się przyglądał – teraz mam być tym, który działa.

Abym mógł podjąć decyzję zmieniającą tak drastycznie moje zachowanie moja „granica cierpienia” musiała zostać przekroczona. Najczęściej właśnie podejmujemy decyzje właśnie pod wpływem cierpienia. Mamy dość chodzenia na piechotę ? Kupujemy rower lub samochód. Mamy dość partnera ? Zmieniamy go. Mamy dość szefa ? Pracy ? Zmieniamy. Mamy dość cierpienia ? Pozbywamy się z naszego życia elementów je wywołujących.

Najczęściej właśnie wszelkie rzeczy sprawiające nam cierpienie są uzależnione od naszego działania lub jego zaniechania. Będąc istotami świadomymi mamy całkowitą kontrolę nad swoim postępowaniem. Analogicznie więc mamy też całkowitą kontrolę nad cierpieniem, które może nas spotkać lub nie zależnie właśnie od naszego postępowania.

Ja decyzję podjąłem – jak na razie nie miałem okazji przetestować tego postanowienia ale próbuję ze wszelkich sił doprowadzić do sytuacji dającej mi taką sposobność.

Wam moi drodzy czytelnicy, również życzę podejmowania właśnie takich decyzji, które poważnie poprawią Waszą jakość życia.

P.S. – sam fakt podjęcia decyzji również jest sam w sobie pozytywny – daje poczucie komfortu, że następnym razem będzie inaczej.

Tagi: , , ,

Odpowiedzi: 2 do wpisu “Jak cierpienie może pozytywnie wpłynąć na nasze życie ?”

  1. Masz rację – podjęcie decyzji w takiej sytuacji rzeczywiście pozwala się podnieść, pytanie jednak: na ile będziemy konsekwentni po podjęciu takiego postanowienia? Bo jeśli raz “coś” sprawiło, że nie poprosiłeś znajomej do tańca, jaką masz gwarancję, że następnym razem Twoja decyzja wystarczy, by to “coś” znów Cię nie powstrzymało? Może warto sięgnąć głębiej i przeanalizować – czym było spowodowane to “coś”?

  2. Faktycznie to dobre pytania…

    Po kolei więc – co też powstrzymało mnie od “zatańcz ze mną” ?

    Po pierwsze – kiedy nadarzyła się pierwsza okazja stwierdziłem, że nie będę pierwszym na podłodze, w dodatku nie byłem pewien, że wypada w ogóle tańczyć, o impreza była raczej okolicznościowa i nikt o tańcach nie wspominał. W dodatku miejsca było bardzo mało i w dodatku ludzi pełno. Można powiedzieć, że tańczyć można było wyłącznie pomiędzy stołami.

    Kiedy już ludzie zaczęli jednak się kręcić tu i tam stwierdziłem – świetnie – jest okazja zatańczyć, ale niestety zanim się zdecydowałem koleżankę porwał ktoś inny. Czyli powód drugi – zbyt długie zastanawianie się.

    Kolejny powód – siedzieliśmy sobie w kilka osób i dyskutowali i rzeczach mało istotnych (jak to typowo, kiedy ma się dobrych rozmówców i jeszcze kieliszek wódki). Siedziałem jak na gwoździach (cokolwiek podirytowany), ale przecież nie będę w pół zdania wyrywał kogoś do tańca. Niestety moich odczuć nie podzielali inni i tym razem znowu ktoś inny porwał koleżankę (w pół zdania). Fakt, że dyskusja służyła zabiciu czasu i jej przerwanie nie było w żaden sposób istotne, ale widocznie czasami bycie kulturalnym utrudnia życie.

    Tylko tyle powodów (a może to tylko moje wymówki…) lub aż tyle sprawiło, że zamiast potańczyć przesiedziałem imprezę.

    Teraz jakby trochę przeanalizować.
    Powód nr 1 – moja powściągliwością typu “czy wypada”. Obiektywnej opinii pewnie nie ma (bo to zależy od danego człowieka i każdy potraktuje takie zachowanie inaczej), ale chyba tutaj można by zastosować pewną metodę o której pisał Alex Barszczewski – chodzi o pozytywne wychylanie się spośród innych – kwestia jednak właśnie tego, co rozumiemy przez pozytywne – niektórzy mogą odebrać to odwrotnie, a nikomu nie chciałem robić przykrości, zwłaszcza, że „wkręciłem” się na imprezę tylko dzięki temu, że robiłem zdjęcia… Stąd też pewnie wynikła moja powściągliwość.

    Powód nr 2 – tutaj definitywnie pewna moja cecha charakteru, która wg. mojej opinii znacznie utrudnia mi sprawy – czyli bardzo długie podejmowanie decyzji. Można by rzecz, że jestem człowiekiem niezdecydowanym -czasami nawet mam problem z wyminięciem kogoś na chodniku bo nie wiem, czy się usunąć w lewo czy w prawo – z doświadczenia jednak wiem, że jak się usunę w dowolną stronę ale szybko to jest zdecydowanie łatwiej. Analogicznie więc można by przenieść takie szybsze podejmowanie decyzji na grunt opisanej przeze mnie imprezy. Co do tego nie mam wątpliwości – trzeba decyzje podejmować szybko.

    Powód nr 3 – tutaj pojęcia nie mam – moje poczucie dobrego taktu mówi – pozwól dokończyć chociaż dany temat – najlepiej dyskusję – dopiero potem proponuj takie rzeczy. Widzę niestety, że wielu ludzi próbuje na siłę w trakcie zdania przerywać (co jest wyjątkowo niekulturalne wg. mnie – sam się też muszę kontrolować, bo czasami pokusa jest spora) – nie zdają sobie widocznie sprawy jak irytujące może to być, a może celowo próbują „zagłuszyć” innych, żeby narzucić swój temat czy wolę. Tak więc wyrywanie do tańca, kiedy druga osoba jest wyraźnie zajęta rozmową (co widać było na pierwszy rzut oka) wydaje mi się co najmniej lekkim nietaktem. Znam jednak koleżankę i pewnie nie chciała też komuś przykrości robić, więc się zgodziła.

    Postaram się też przedyskutować wyżej opisane zdarzenia właśnie koleżanką – co ona sądzi itd. – zasadniczo podobna analiza jak tutaj ale z jej punktu widzenia. Sądzę, że może to być wyjątkowo wartościowa dyskusja.

Zostaw odpowiedź